✨ To nie jest mój ciężar. To jest mój dar. | Chwilowamama🌿
Zawsze czułam więcej niż mówi świat.
Zanim ktoś się odezwał, zanim zdążył spojrzeć – ja już wiedziałam.
Nie chodziło o to, że kogoś oceniam.
To nie były pozory.
To było czucie.
Głębokie, cielesne, intuicyjne.
Czasem ktoś jeszcze się nie przedstawił, a ja już czułam, że… nie.
Że coś nie gra. Że nie chcę tej obecności.
I często okazywało się później, że to była dla mnie przestroga.
Bo za uśmiechem kryło się coś, co nie było dla mnie dobre.
A czasami… wystarczyło jedno spojrzenie i w środku robiło się ciepło.
Jakbym znała tę osobę od zawsze.
Jakbyśmy już kiedyś razem przeszli przez coś ważnego.
Mimo, że to było pierwsze spotkanie.
Nie potrzebuję słów, żeby coś wiedzieć.
Nie muszę znać czyjejś historii, nie muszę grzebać w social mediach.
Wystarczy, że czuję.
I nie chcę już tego tłumaczyć.
Bliscy kiedyś się śmiali:
„Jak możesz tak kogoś skreślić po jednym spojrzeniu?”
Ale to nie było skreślanie.
To było chronienie siebie.
To było moje ciało, moja dusza, moja wrażliwość, która mówiła: „uważaj”.
I wiesz co?
Z czasem zaczęłam ufać sobie.
Coraz bardziej.
Bo to czucie…
nie zawodzi.
Zawsze miałam też ten dziwny kontakt ze śmiercią.
Nie widziałam jej. Ale wiedziałam, kiedy nadchodzi.
Nie potrafiłam powiedzieć kto – ale serce zaczynało bić inaczej.
W ciele pojawiał się niepokój, jakby coś już wiedziało.
I niestety… prawie zawsze się to potwierdzało.
Po śmierci taty przez długi czas przychodził do mnie.
Nie w snach – w znakach. W obecności, której nie dało się nie zauważyć.
Był wtedy, kiedy wujek miał wypadek.
Był w takich momentach, w których czułam, że nie jestem sama,
chociaż fizycznie nie było nikogo.
To nie jest wiedza.
To jest energia.
Dreszcz. Gęsia skórka. Taki moment, w którym świat się ścisza,
bo coś z innego wymiaru przechodzi obok.
Nie wszyscy to rozumieją. I nie muszą.
Ale są tacy jak ja.
Tacy, którzy współodczuwają,
którzy są jak anteny – wychwytują więcej niż to, co wypowiedziane.
I tak… to potrafi być trudne.
Męczące. Wyczerpujące.
Ale też ratujące.
To dzięki temu darowi uniknęłam wielu sytuacji, które miały złe dno.
To dzięki temu wiem, kiedy się odsunąć.
A kiedy zbliżyć.
Tę samą intuicję mam jako mama.
I choć świat próbował mnie prostować:
„Jak możesz wiedzieć, przecież to Twoje pierwsze dziecko”
„Skąd możesz czuć, skoro jeszcze tego nie przeżyłaś?”
To ja wiedziałam.
Bo z chwilą, gdy pojawiło się we mnie nowe życie –
połączyłam się z czymś, co nie potrzebuje tłumaczenia.
To się ma.
To się nosi w sobie.
I żeby móc to wszystko unieść –
muszę czasem być sama.
W ciszy. W zieleni. W bliskości z tym, co nie ocenia.
Z psem. Z drzewem. Z ziemią pod stopami.
W tej chwili, w której nikt nic ode mnie nie chce.
Tam ładuję się od nowa.
Tam czuję się naprawdę sobą.
Moja miłość do zwierząt nie wynika z „bycia dobrą osobą”.
To jest coś głębszego.
To czucie, że każde stworzenie czuje.
Tak jak pies, tak i świnia, kura, krowa.
Nie potrzebuję mięsa, by być silna.
Potrzebuję zgody ze sobą.
Nie dla ideologii.
Dla czystości serca, które nie chce cierpienia – żadnego.
Dziś już nie odcinam się od tego daru.
Nie chowam go.
Nie tłumaczę się z niego.
Bo wiem, że:
To nie jest mój ciężar.
To jest mój dar.
I on mnie chroni.
I prowadzi.
I daje mi siłę.
Dzięki niemu czuję, zanim się coś wydarzy.
Dzięki niemu wybieram ludzi, którzy są dla mnie dobrzy.
Dzięki niemu jestem sobą – nawet jeśli świat nie wie, co z tym zrobić.
🌿
Z wdzięcznością za Twoje oczy i serce Chwilowamama🌿

Komentarze
Prześlij komentarz